Sierpień ’17

Po wakacyjnej przerwie zbieramy się ponownie na łikendowe granie w naszym dość stabilnym już gronie: Kevin, KFC, Grik i mła. Niestety lokacja się zmieni bo Grik wyprowadził się z Wrocławia do Koszalina i ściągamy nieco bliżej niego by nie musiał pokonywać jeszcze większego dystansu. Zamiast sprawdzonej Sędziszowej będzie jakieś agro w okolicach Głogowa, bliżej niesprecyzowane bo szukania czas jeszcze nie nadszedł.

Na tapecie kilka systemów: KFC poprowadzi kolejny raz Deadlands, Kevin kontynuuje kampanię Revenlofta 5.0, ja wezmę na tapetę Conana 2d20. Gdyby jeszcze do tego zestawu dołożyć TORa to mamy w zasadzie komplet naszych liniowych settingów. Ja prowadzę jeszcze The Dark Eye (wprawdzie dopiero dwa scenariusze pękły ale zaczyn jest) i zamierzam rozpocząć Arkonę. Na urlopie napisałem 3 scenariusze do Arkony wykorzystując zasoby wolnego czasu, rozpocząłem też kampanię. Do tego mam skracze na 20 stron worda kolejnej kampanii więc grzechem przeciw Swarogowi byłoby zrezygnowanie z prowadzenia.

Wiele kontrowersji budzi mechanika Arkony. Jest niedopracowana, stara, zbyt skomplikowana, niespójna – takie kursują opinie. Właściwie tylko z pierwszym określeniem się zgadzam. Brakuje rzeczywiście przejrzystości w tym bajzlu. Trzeba skakać między rozdziałami by dokopać się wszystkich detali, słabo to jakoś widoczne, byle jakie. Co się tyczy złożoności – jest oparta na d20, wartością TN jest suma cechy i powiązanego skilla. Banalne i wcale nietrudne. Minimalna ilość modyfikatorów, kilka atrybutów. Ja nie widzę problemu. Znam funkcjonujące całkiem świeże systemy o większej złożoności, jak choćby wspomniany Dark Eye.

Setting jest mocną stroną. Akcja startuje w 1100 roku, w sytuacji kiedy w 966 Mieszko nie przyjął chrztu. Dziś świat jest dwubiegunowy – Władztwo Lechickie, Ruś, Prusy i Połabie tworzą jeden biegun, pogański, a Cesarstwo i Rzym drugi. Czechy chrzest przyjęły ale lud jest wciąż pogański i chrześcijaństwo nie okrzepło  jeszcze. Pepiki są w rozkroku. Podobnie Węgry – pomagają tym, których w danym momencie jest na wierzchu. Chluby im to nie przynosi. Mam zastrzeżenia do naiwnych opisów i paru błędów, ale w zasadzie jako punkt odniesienia dla własnej wizji materiał w podręczniku jest świetny. Zobaczymy po pierwszym graniu we wrześniu jaki będzie odbiór graczy.

Grik będzie gościł okazyjnie na sesjach ze względu na tę koszalińską migrację, więc znów zostajemy w składzie trzyosobowym. Niewykluczone, że pojawi się w ekipie kolega ze studiów wykopany z otchłani 20 ponad lat. Kuźnia się zowie, grywał ze mną jeszcze w KC. Wrócił z placówki w Kazachstanie do pracy w kraju i wstępnie się deklaruje. Porządny chłop, liczę że się uda.

 

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

POLSKA PIASTÓW cd.

12-14 III zbieramy się w Sędziszowej na kolejne łikendowe łupanie erpegowe. W składzie najprawdopodobniej: mua, Kevin, KFC, Fizyk i Lokis. Fantastyczna lokacja niedaleko Świerzawy sprawiła, że nie mam już ochoty szukać kolejnych miejsc na nasze grania. Jak powiedział Francis Fukuyama „historia poszukiwań miejsca do grania się skończyła”.

Plany na zbliżający się (ciut za wolno) łikend są obfite. Kevin po dwóch miechach przerwy podejmie TORa, ja wracam do Polski Piastów a KFC – jeśli zdąży – poprowadzi Zewa. 3 sesje przy dobrym układzie to świetny wynik jak na jeden łikend.

Teraz muszę być trochę zły – chłopaki nie ucieszą się gdy się dowiedzą, że kampanię PP będziemy kontynuować na mechanice OpenQuesta 2. Długo się z tym biłem, bieżącą mechanikę (Heroes&Other Worlds) wolę zostawić do grania w Kryształy Czasu, bo świetnie zmontowana jest w niej magia a w PP nie ma dla niej raczej miejsca. Opiłki magii kleryków pogańskich to za mało by przy niej pozostawać. Już widzę ile będzie marudzenia – i najgorsze, że będą mieli rację. Należę do AA czyli Klubu Anonimowych Zmieniaczy Mechanik i nic na to nie poradzę. Obiecuję jednak (czy na pewno?), że to ostatnia zmiana. Zataczam pętlę i wracam do ukochanego OQ2. Może tak miało być?

Opublikowano Uncategorized | 2 komentarze

Lankhmar

15-17.01 zjechaliśmy się w agroturystyce w Sędziszowej w składzie: mła, Kevin, KFC i Fizyk. Pogoda nas nie rozpieściła bo od 15.00 walił śnieg tak gęsty, że bolidy udało się rozpędzić do maksymalnie 5k10 kaem na ha. Na miejscu przywitał nas chłodek bo właścicielka dopiero napaliła w kominku i podłączyła promiennik. Dołączyliśmy dwa kolejne z korytarza i heja, zara panie zrobiło się cieplej 🙂

Na tapecie 4 scenariusze do Lankhmara na sewydżach. 2 moje i 2 Kevina. Rozpocząłem w piątek około 22. początkujący szubrawcy i zaawansowani obwiesie jednocześnie musieli zabezpieczyć i odebrać lewy, nieoclony towar w porcie. Po drodze było parę problemów – patrol, który akurat w tym miejscu (osłoniętym od wiatru) chciał grać w karty, kilku przypadkowych złodziei, którzy chcieli złupić przyległy magazyn i złodzieje nasłani przez konkurencję zleceniodawcy. BG poradzili sobie choć parę razy było gorąco. Fizyk stoczył heroiczny bój z łotrzykiem pomiędzy portowymi straganami.

Drugi scenar – musimy odzyskać skradziony klejnot z nowoeregowanej świątyni jakiegoś potępionego boga (których w Lankhmarze milion). Kombinacji było co niemiara, potem jeszcze epicka walka ze strażnikami kamola – kryształowymi pająkami i po krzyku.

Trzeci – mój – odzyskać list zastawny szlachcica-hazardzisty, który tak pogrążył się w długach, że za parę dni miano mu odebrać na podstawie powyższego listu jamę rodową. Pożyczony geld przegrał w karty a BG oszwabił, że mu go ukradziono. Chciał się odegrać, nie udało się – zastawił więc chatę. Chłopaki brawurowo papier odzyskali, właściwie spalili, bo Kevin nie wytrzymał nerwowo. Facet bezczelnie nie zdradził, który papier ze sterty to ten szukany, więc Kevin obciął mu ucho po czym spalił papiery i piętro w konsekwencji.

Czwarty to nasz apokaliptyczny bój z kanibalami, którzy wpierdalali narządy wewnętrzne złowionym żebrakom. Trafiło na naszego znajomka więc panie dintojra musowo. Wampir, złodziej i nieumarły olbrzym to ściana, którą z najwyższym trudem udało nam się pokonać.

Lankhmar od Pinnacle’a polecam.

 

 

 

Opublikowano Uncategorized | 2 komentarze

ZARAZA

Na każdy wyjazd erpegowy czekamy miesiąc. Miesiąc międlenia kostek, pisania scenarów, czytania settingów – wszystko po to by jeszcze lepiej przeżyć te 2 dni łikendowego grania. Jest pełna mobilizacja, gotowość bojowa do grania i prowadzenia.

Ale czy zawsze?

Ostatni wyjazd obalił ten mit. Zebraliśmy się we trzech (Kevin, mła i KFC) w fantastycznej miejscówce EDEN niedaleko Świerzawy by zagrać w Polskę Piastów, TORa i Hunters of Alexandria. Ja miałem prowadzić trzeci epizod PP (pierwszy opisany poniżej Milickie Ślęgi, drugi niewzmiankowany tutaj to Cedynia) pt. „Kwedlinburg”. Zaczęliśmy ale szło jak po grudzie, jak krew z nosa. Nie można było się wkręcić – i to zarówno ja jako prowadzący jak i gracze. Marazm i katorga. Może za długo trwało wprowadzenie bez udziału graczy i wszyscy odpadliśmy? Nie wiem. Scenar dokańczamy w styczniu. Kevin planował poprowadzić TORa – tu nawet nie zaczęliśmy 😀 KFC prowadził Huntersów na silniku FATE, ale takeśmy się spruli (zwłaszcza MG), że nie skończyliśmy. Wieńczącej epizod walki z ghulami KFC nie pamiętał 😀 😀

Co za kurewska przypadłość nami owładnęła? Nie wiem jak tę zarazę wytłumaczyć bo chęci jak zawsze były tylko z przełożeniem na czyn wyszło gówniano.

Żeby nie było za dobrze to dowalę jeszcze z grubej rury. W sobotę rano nie mieliśmy siły w nic grać, czołgaliśmy tych Piastów do 15 i… ostatecznie padła propozycja (chyba Kevina) bym poprowadził z rękawa coś prostego do Kryształów Czasu. Zrobili więc postacie na silniku Heroes&Other Worlds i pojechaliśmy na Orchię. I cud się stał! Nagle okazało się, że w prostackim scenarze odnalazły się wszystkie zagubione owieczki! Dawno się tak dobrze nie bawiliśmy jak w banalnym crawlu stworzonym ad hoc. Chyba tego nam było trzeba po intrygach i kombinacjach alpejskich w poprzednich scenarach. Klinicznie czysta rozrywka, powrót do korzeni. Co więcej – jest zamówienie na styczeń, będzie ciąg dalszy. Co tam, dla mnie bomba.

Opublikowano Uncategorized | 2 komentarze

SBSdR czyli Sędziszowskie Bzykaczy Sranie do Relikwiarzy

Ave!

Ostatnie miesiące nie były dla nas dobre – straciliśmy świetną metę w Zapuście koło Gryfowa. Agro się po prostu zlikwidowało a właściciele przenieśli się do Dziekanowic pod Krakowem. Awaryjnie pojechaliśmy raz do Nowego Kościoła, wrażenia już opisałem, nic nie trzeba dodawać. Tragedia. Desperacko zacząłem szukać czegoś w pobliżu tak, by wszyscy mieli mniej więcej ten sam dystans do pokonania. W wiosce za Nowym Kościołem, w kierunku na Świerzawę znalazłem agro o wdzięcznym mianie „EDEN”. Zdjęcia wyglądały dość rajsko więc poszła rezerwacja. W terminie 14-16 VIII stawiliśmy się więc w Edenie w składzie: mła, Kevin i KFC. Nawalił niestety czwarty gracz – Łukasz, ale na to nie ma już rady.

EDEN to agro podzielone na dwie części: A, czyli proksymalną (bliżej Złotoryi) i B czyli dystalną, położoną 800 metrów dalej. Wylądowaliśmy w EDENIE B w domku z dwoma dużymi pokojami. Nasz był gigantyczny – spokojnie ze 30 metrów kwadratowych, 4 łóżka, w tym 2 podwójne, dla pedałów. Pan wręczając mi klucze stwierdził, że do tego pokoju często przyjeżdżają „Bzykacze”. 🙂 Będzie instalował dżakuzi bo bzykacze wymagają. Obok jest drugi domek z trzema sypialniami na łącznie 10 osób. Świetna lokacja na karpiowe grania, łącznie mieści do 20 osób, no i lokum dla bzykaczy – wiadomo, 90% towarzystwa to pedzie.

W planach było rozegranie dwóch scenariuszy – mojego do Polski Piastów i Kevina do TOR-a. Zadanie zrealizowaliśmy w 100%.

Polska Piastów to (w planach przynajmniej) wielopokoleniowa saga startująca w czasach Mieszka I, ściśle w 971 roku. Planuję po kilka scenariuszy dla każdego z władców z Pocztu KiK Polskich, aż do Kazimierza Wielkiego. BG grają potomkami pierwszych bohaterów. Taki jest plan. Co do mechaniki – wahałem się dość długo między OpenQuestem2, Sewydżami i Fate’m. Padło ostatecznie na Age of Arthur na mechanice FATE 3.0. Za Aravenem – polecam :)))

BG grają drużynnikami Mieszka, synami rozrodzonego rodu Wilków, siedzącego na małym, macierzystym grodziszczu pod Poznaniem – na Wilczycach. Poza polowaniami, układaniem koni i kłótniami ze skrzatem Borejszą nie robili nic. W końcu jednak przyszło wezwanie od książęcego palatyna Przybysława, do Poznania. Konny, który po nich przyjechał nie był w nic wtajemniczony więc BG musieli uzbroić się w cierpliwość. W Poznaniu przyjął ich palatyn w dworku księcia, w dużej sali jadalnej. Dowiedzieli się, że Mieszko jest ciężko chory, że żadne metody leczenia i żadni, sprowadzani nawet z daleka medycy, nic nie mogą pomóc. Stan księcia się pogarsza, majaczy, jest nieprzytomny, obficie się poci – w skrócie z każdym dniem gaśnie. Dzieło scalania państwa dopiero się zaczęło. Przybysław szuka więc niekonwencjonalnych metod ratunku. Na bagnach pod Miliczem żyje pogański żerca, dawniej najwyższy kapłan świątyni na Ślęży. Chrystki świątynię zniszczyli, chram spalili i złupili, kapłan zbiegł na bagna. Stojan to jeden z najpotężniejszych wśród tych, którzy pozostali. BG mają się doń udać i prosić o pomoc, w zamian za obietnicę osiedlenia się na bagnach nad Notecią i wynagrodzenie w dodatkowy, prozaiczny sposób. Dlaczego BG? Senior rodu Wilków – Bogurad jest jednym z nielicznych optymatów, którzy nie przyjęli chrztu w pierwszym rzucie, w 966 roku. Po prostu odmówił. Szczęśliwie dla rodu położył wielkie zasługi w dziele scalania państwa, przez lata stał przy boku Leszka i Ziemomysła. Mieszko zacisnął zęby i odpuścił karania na gardle, choć odsunął z dworu. Nie jest tajemnicą, że choć rok później Bogurad i rodowcy chrzest przyjęli to dalej sprzyjają starej wierze, utrzymują kontakty z kapłanami i kultywują w pełni dawne tradycje. Dlatego padło na nich. W prezencie dla Stojana dostali jeszcze drewnianą figurkę Świętowita z chramu w Gnieźnie, spalonego przed 5-ma laty.

Ruszyli przez Krzywin i Czestram na Milicz. Po drodze „ugwarzyli” z wilkami. Nic ponadto się nie wydarzyło. W Miliczu czeska załoga przestrzegła ich by nie przepatrywali bo przeglądaczy karze się tu na gardle. „Śląsk jest Czechów a nie Polan, pamiętajcie o tym” 🙂 Po rozmowie z czeskim komendantem spożyli śniadanie u starszego nad Miliczanami – Skorka. Tu już było znacznie milej. Po długiej rozmowie dostali obietnicę pomocy z amuletem, dzięki któremu można odnaleźć drogę do samotni Stojana na bagnach. Drogę zabezpieczył zaklęciami mylącymi. Amulet żerca dał Skorkowi tylko na wyjątkowe, awaryjne sytuację, BG spisali się dobrze, skora ta została za takową uznana. Znaleźli przystawa i udali się na wyspę.

Po drodze stoczyli heroiczny, niemal tragicznie zakończony dla Jarogniewa (Kevin) bój z bagienną bestią – Ślęgoszem. Po najpierw zimnym potem cieplejszym powitaniu na wyspie śród bagien, wylądowali przy chramie Stojana, pilnowani przez dwa przerośnięte basiory i zmory czekające poza granicami wyznaczonej dla nich ścieżki, determinującej obszar, po którym oni – obrzydliwi ochrzczeńcy mogą się poruszać. Stojan nie leczy na dystans, musiał wejrzeć w Nawię by dociekać co mogło się wydarzyć z Mieszkiem. W rezultacie ustalił, że książę został obłożony opóźnioną, śmiercionośną klątwą przez, prawdopodobnie pogańskiego żercę. Zemsta za zniszczenie świątyni i wprowadzenie krzyża do kraju Polan – to musiał być powód, pewnie stał za tym Chwalibóg, główny żerca z Gniezna. Ziemskiego lekarstwa na to nie ma. BG musieli wejść do Nawii i zdobyć złoty sierp bogini Mokoszy, by potem w świecie śmiertelnych przy jego pomocy zżąć trzy zioła (jak trzy obszary obserwowane przez Welesa – powietrze, ziemia i to co pod nią) i stworzyć leczącą miksturę.

Wejść do Nawii nie mogą zwykli  śmiertelnicy, tylko żercy mają taką moc. On jednak nie może wprowadzić tam innych. Najbliższa czynna niegdyś brama do krainy duchów jest nad jeziorem Grabownickim, kilkanaście mil na wschód od Milicza. Sen dał kapłanowi kolejne widzenie – aby wejść do Nawii trzeba użyć magicznego klucza – a takim kluczem jest czarny grot wykuty przez samego Czarnoboga, którym zabił bohatera Wiślan – Walgierza Wdałego. ów grot został złupiony na Ślęży przez Czechów i obecnie spoczywa gdzieś we Wrocławiu w bazylice.

BG ciągną na Wrocław (jakkolwiek to brzmi). Po drodze oblegali Budziszyn we dwóch (żart). Na miejscu zaczęli od kupowania u kijowskiego handlarza i wywiadu w karczmie Oławskiej. Potem lustrowali bazylikę. Z boku, w dalszej części prezbiterium zauważyli zejście do krypt, jednakowoż w tym momencie wylazł z niego Błażej, czeski zakrystian i przegnał ich. Kombinowali z nim i podchodzili aż miło, w końcu Wszebor (KFC) sprzedał mu bombę w kinola i w ten sposób uśpiony został. Sturlał się po schodkach do krypty. Spoczywały tam zwłoki erektora bazyliki – błogosławionego Wratysława i dwóch kanoników. Wratysław w sarkofagu a kanonicy w subkrypcie (krypta w krypcie). Wtedy się zaczęło – usłyszeli hałas na zewnątrz, albowiem do krypty pakował się ksiądz Wyszesław z kilkoma zbrojnymi. Czesi spłoszyli BG. Ukryli się w wewnętrznej krypcie z ogłuszonym Błążejem i… odkryli relikwiarz z grotem Czarnoboga 🙂 Tymczasem na górze słyszeli rozmowę Czechów. Okazało się, że wnieśli akurat skrzynkę z relikwią przenajświętszego Jaromira, pierwszego czeskiego świętego, którą dostał Wrocław od samego papieża, by podnieść rangę świątyni i dać Czechom atut w walkach z Polanami o te ziemie.

BG poczekali aż wyjdą z krypty, udusili Błażeja (dzielny Jarogniew), Wszebor nasrał do relikwiarza, ukradli grot Czarnoboga, kurwa ukradli relikwię świętego Jaromira – zasuszoną rękę, po czym rzucili ją psu na zewnątrz bazyliki. Zwierzęta, nie? Z Wrocka uciekali aż się kurzyło, Czesi z pianą za nimi. Dojechali do Grabownicy i jeziora. Musieli przedostać się do Krainy Za Oparem. Na brzegu czekali cały dzień i w nocy zaczęło się dziać. Zaciągnęło się mgłą, w mgle kotłowały się brzeginki. Ucięli pogawędkę z wodnikiem, po czym na łodzi bogatsi o rady i wskazówki wpłynęli na suchego w przestwór jeziora. Stoczyli walkę z brzeginkami po czym wylądowali w Nawii. Nawia stanowi odbicie rzeczywistości w krzywym zwierciadle, w takich okolicznościach podróżowali w poszukiwaniu Mokoszy. Pogadali ze skrzatem, usłyszeli pomocną radę by w odpowiednim momencie „skorzystali z klucza”. Obejrzeli widowisko na niebie – smoki zżerające chmury i żmije bodźcujący je piorunami, smoki rzygają wodą i pada deszczyk. Dotarli do złotych łanów zbóż, tam heroicznie spierdalali przed hordą południc i dotarli do ogrodu Mokoszy. Bogini powiedziała – ok, ale sierpa nie może podjąć żyjąca osoba. Musieli udać się na pobliską górę do pustelnika i zaczerpnąć wody z dwóch źródeł – Martwej i Żywej Wody. Niczym się nie różnią. Musieli wypić właściwą (powłoka ziemska umiera ale w Nawii tego nie widać), wziąć sierp i po wydostaniu się wypić Żywą by wrócić do życia. Niewłaściwa kolejność to śmierć i klęska. Udało im się bo skojarzyli radę skrzata o „Użyciu klucza”. Grot Czarnoboga zanurzony w Żywej Wodzie rozżarzył się. Tak dali radę. Czarnobóg wypuscił za nimi hordę ogarów gdy już wracali na koniach użyczonych przez Mokoszę. Wszak zabili jego syna na bagnach – Ślęgosza. Uciekli (zasada pościgu podobna jak w SW, odległość 3 pół i 10 testów). Polecam ucieczki Araven :))

Powrót na wyspę żercy i sporządzenie mikstury, powrót do Poznania (w lasach się kryli przed Czechami, którzy z niebywała pianą za nimi parli). Wszystko skończyło się dobrze, lek wlali w usta już zmarłego Mieszka. Ożył! I tylko dlatego, że tak dali radę nie urwano im dupy bo wieść o desekracji świątyni i skarga Czechów dotarła tu szybko. Mieszko poklepał ich, obdarzył sowicie i… pogonił do warowni by głowy nie wystawiali.

Chłopaki dali radę. Nie ma co.

Drugi scenar prowadził Kev. W Śródziemiu hulał hobbit Odo i mój Woodlander Evoric. Do rozwiązania mieliśmy zagadkę mordu dokonanego na dwóch eskortujących jakiegoś więźnia Beorningach. Więzień zniknął. Zaofiarowaliśmy Beornowi swe usługi i poszliśmy tropem jak posokowce. Po długaśnych poszukiwaniach i dochodzeniu rodem z Zewu Cthulhu wpadliśmy na zagmatwany trop. Potem jeszcze tylko finałowa bitwa z Umbarczykami i szczęśliwy finał.

To trzeci rozegrany przez nas scenar z TORa. Jestem zbudowany poziomem oryginalnych scenariuszy, kolejny mnie nie rozczarował, jest rewelacyjny. Granie w TORa raczej się nie znudzi.

Kolejne granie 18-20 IX. Fotorelacja jak zwykle później, jeśli w ogóle.

Opublikowano Uncategorized | 4 komentarze

BoLTOR

Ave!

BoLTOR to nie nazwa kapeli metalowej czy zlotu jachtów w Szczecinie, to settingi, które udało nam się odpalić na wyjeździe erpegowym 5-6 czerwca. BoL czyli Barbarians of Lemuria i TOR – The One Ring. Po długiej przerwie (od listopada) spowodowanej wypełnianiem przeze mnie obowiązków niani dziedzica (nie pruskiego, polskiego) w końcu wyrwałem się na długo wyczekiwane granie. 5 czerwca w piątek około 18 stawiliśmy się w agroturystyce w Nowym Kościele pod Złotoryją, w składzie: mła, Kevin, KFC i Łukasz.

Krótko o agro: paskudne miejsce, pozbawione lodówki i kuchni, nie ma nawet mikrofalówki. Na szczęście w sobotę było gorąco więc mogliśmy odpalić gryla na karkówkę, kaszanę, boczek i śląską. Dlaczego wybraliśmy taką lokację? Niestety odpadły topowe agra: Zapusta (likwidacja związana z przeprowadzką właścicieli) i Biały Dom (zarezerwowane). Nowy Kościół znaliśmy z wcześniejszych wojaży, stąd z niemiłosiernie wykrzywionymi obliczami musieliśmy przybić tę miejscówkę. Oby nigdy więcej. Biały Dom jest bez przerwy zajęty, poza tym w sezonie są tam goście buszujący po kuchni, nie ułatwia to grania ani złapania klimatu. Trzeba się rozejrzeć za jakąś alternatywą na ciepłe miesiące. Tyle lat jeżdżenia, przed oczami przewija mi się co najmniej kilkanaście miejsc i żadne w zasadzie (poza Białym Domem) nie nadaje się na stałą bazę. Ot miejsca, o których raczej chciałoby się zapomnieć niż do nich wracać. Nic to, zadanie domowe do odrobienia przed sierpniem.

W BoLu poprowadziłem pierwszy, rozgrzewkowy, trywialny scenariusz z podstawki. Kevin grał swym mocarnym Jaffarem, czarnym barbarzyńcą z Shamballah, Łukasz rudowłosym barbarianem z Valgardu a KFC złodziejaszkiem. Chłopaki zaliczyli brawurową ucieczkę z więzienia przy arenie gladiatorów w Parsool, niestety w konsekwencji wylądowali na arenie, gdzie musieli zmierzyć się ze straszliwą bestią z dżungli Qush – Jemadarem. Potem ewakuowali się z areny przez otwarte wrota do klatek, tam stoczyli kolejny bój i umknęli podstępnie otwierając klatki z bestiami na wpadających właśnie strażników. Scenar prosty jak konstrukcja cepa, myślenia nie było wiele, trochę turlania, no i zabawy, jak to w S&S.

Kevin wziął na siebie prowadzenie TORa. W drużynie znaleźli się: krasnolud Łukasza, Konrada hobbit i mój woodman. Zagraliśmy w jeden ze scenarów z Talesów, chyba drugi w kolejności. Podjęliśmy się zadania odnalezienia hobbita, który zaginął z zaopatrzeniem dla gospody na wysokości High Pass. Było dużo turlania (epicka walka z orkami na wzgórzu, za barykadą z wozów), dzięki czemu ostatecznie odczarowaliśmy mechanikę TORa, do której uprzedziliśmy się dwa lata temu przy pierwszym podejściu do TORa. Wcale nie jest tak źle – powiem więcej, jest świetnie. Konstrukcja awansów wymusza aktywność, promuje szerokie spektrum aktywności graczy, więc by złapać krzyżyk na kratce awansu każdy wyginał się jak mógł, robił co się dało. Nie ma w TORze niepotrzebnych umiejek! Puste umiejki to zmora większości systemów, Włosi genialnie sobie z tym poradzili. Jak ktoś się waha czy zagrać – to szczerze polecam setting. U nas na pewno zagości na dłuuuugo.

Fotorelacja (in progress):

Opublikowano Uncategorized | 2 komentarze

Bestie i Barbarzyńcy – crowdfunding

Ave!

Nadszedł wreszcie długo przeze mnie, fana Bestii, oczekiwany moment – zbiórka kasy na wydanie polskiej podstawki systemu autorstwa genialnego Włocha – Umberto Pignatelli. Pierwszy próg finansowania został już osiągnięty (2000) ale prawda jest taka, że należy mierzyć w 4000 – wtedy dostaniemy podręcznik w twardej oprawie. Zostało 13 dni, brakuje około 1750 zeta.

DO DZIEŁA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

http://polakpotrafi.pl/projekt/bestie-barbarzyncy-adventurers?utm_source=projects

Opublikowano Uncategorized | 3 komentarze