Veni, vidi, vicious!

Długo oczekiwany wyjazd erpegowy dobiegł końca. Smutne są zakończenia kiedy rano żre się zupkę, komentuje sesję i wraca do domu, do rodziny. Proza życia.
Na wyjeździe w Luboradzu stawili się: Smartfox, Kevin, Rizzen, Araven, Botor i ja (Mrufon). W zachwalanych okolicznościach agroturystyki przyszło nam rozegrać dwa scenariusze w realiach Conan:Savage Worlds. W drużynie znaleźli się: Ghor, barbarzyńca z dalekiej Cymmerii (mła), kevinowy najmita z Aquilonii (cholera imię mi uciekło), Marcus – profesja młockarnia, też z Aquilonii (Rizzen), shemicki tropiciel Vareno (Botor) i straceńczy wojak z zacięciem medycznym prowadzony przez Aravena. Skur… skuteczna ekipa 🙂
Pierwszy epizod przyszło nam rozegrać w mieście Athos/Zethos (poprawcie jeśli przekręciłem nazwy) w uroczym Argos. Athos to zamożna dzielnica marmurów i bielonych chat patrycjatu, zamieszkana przez 1000 głów, Zethos to jej mroczne odbicie w starym, popękanym lustrze. Tam z kolei wegetowało 10.000 osób. Zaczęło się od nasiadówy w jakiejś mrocznej, zapomnianej przez bogów mecie, gdzie przyszło nam dzielić łupy po ostatniej akcji w sąsiedniej dzielni. Niestety w upojnym crescendo przerwało nam delikatne pukanie do drzwi 10-kg młotem. Miejskie pachołki chciały dołączyć do podziału. Było ich kilkudziesięciu, za dużo do jednej miski a za mało kaszy… Podjęliśmy brawurową ucieczkę po dachach Zethos, ścigani na górze i na dole – przez konnych i pieszych. Dodatkowo trasę naszej ucieczki znaczyły pochodnie rzucane z dołu dla polepszenia warunków dla łuczników. Udało nam się zbiec, po drodze jeszcze oddział straży miał nieszczęście blokować plac przed nami (*).
Niech Mitra zaopiekuje się ich duszami.
Niestety, zgubiła nas lojalność wobec towarzyszy. Wróciliśmy po nich, ale wdepnęliśmy w pułapkę cholera. Za krótko się rozglądaliśmy po placu no i nie sprawdziliśmy domów. Po chwili w oknach ukazali się strzelcy w ilości nawet dla nas nie do zaakceptowania. Zdrajca – Anus (tzn. Alus) został wciągniety na naszą krótką listę. Przy okazji spłonął fragment dzielnicy, ale to drobiazg.
Przerwaliśmy posiłek sędziemu, więc wkurzony skazał nas na klatki. Zdradziecki Alus wylądował tam razem z nami. Mieliśmy nielichy ubaw. Koleś miał złote zęby, więc uwolnił go jakiś złakniony złota dzieciak. Niestety, Alus i jego oszukał. Więc my obiecaliśmy chłopakowi te zęby i coś jeszcze. Nim jednak opuściliśmy klatki, posłyszeliśmy jakieś straszliwe cmokanie i mlaskanie tudzież odgłosy pełzania w pobliskim zaułku. Przez chwilę widzieliśmy też robakowate ohydne cielsko z mackami otaczającymi owalny, uzębiony ryj. Przez chwilę poczułem irytację – dlaczego Smartfox szarga moją teściową? Uspokoiłem się szybko, bo skąd niby miał ją znać. Ta zbieżność w opisie to dzieło przypadku.
No, uciekliśmy więc. Miotaliśmy się po mieście, gwarzyliśmy z Czerwonym Publio, dopadliśmy Alusa. Niestety, nie było czasu na realizację planu jaki miałem wobec niego.
Z klatek uwolniliśmy się dzięki małemu, ale i przy wydatnej pomocy messantyjskiego złodzieja – Argentiusa. No i wdepnęliśmy w paść zobowiązań i długów wdzięczności:
-wobec Czerwonego Publia
-wobec Argentiusa.
No to zaczynamy spłatę.
Żona Argentia – śpiewaczka pokarczemna, została porwana. Tylko my mogliśmy ją uratować. Jedyną szansą na znalezienie lokum kultystów było śledzenie wypuszczanego na noc przerażającego potwora-ślimaka. Tak uczyniliśmy, po czym znaleźliśmy się w gigantycznych kazamatach, gdzie wyznawcy podziemnej bogini szykowali się już do obrzędu ofiarnego. Staliśmy na krawędzi owalnego amfiteatru, pod nami pustka sięgająca dna piekła, na środku iglica o niewielkiej powierzchni, z ołtarzem i wąską półką łączącą iglicę z obwodem. W niszach po bokach setki ludzi, przy łączniku 30 zbrojnych. Co robić? Ha, to jasne!  Popełniliśmy rozbieg i po kolei skoczyliśmy na półkę z kapłanem i jego służkami. Aha, przed skokiem przyszło mi zabić tego gumowatego, ohydnego ślimaka. Hop! Zaczęło się. Kultyści i sama bogini (pojawiła się w całej swej mackowatej krasie) stawili opór. Oberwała 3 rany od ognia więc siekła wściekle mackami, trochę nas naznaczyła. No a potem zaczęła się walić świątynia (zgodnie z zasadami settingu), oberwałem blokiem, że jak worek mięsa niemal mnie taskali. Jednak udało się zbiec – z uratowaną żoną Argentia. Niestety waląca się świątynia i niebywała agresja bogini (kobieta – zrozumiałe) zdemolowały Athos. Musieliśmy przejść na z góry upatrzone pozycje, bo Czerwony Publio mógłby mieć nam za złe, że zdemolowaliśmy część miasta, która była dlań źródłem dochodów (bogaci mieszczanie do łuskania).
Scenar zakończył się niebywałą radością – spotkaliśmy na trakcie do Messantii uciekającego przed kataklizmem sędziego, który nas skazał na klatki. To co się z nim stało okryjmy całunem litościwego milczenia…
Scenar nr 2.
Witaj ukochana Messantio!!!! Stajemy w twoich gościnnych progach perło miast Hyborii! Przyjechaliśmy by odpocząć i nasmarować maścią guzy. Przyjął nas w łaźni nasz druh – Argentio. Pięknie by było bo byliśmy w nastroju towarzyskim, gdyby nie kilkanaście nagich pań – zabójczyń. Zabiły one Argentia gdy miał nam zdradzić jakąś mroczną tajemnicę. No i rzuciły się na nas. Trafiła gumowa kosa na pokrytą diamentami tarczę szlifierską. Dokonały złego wyboru bo mogliśmy miło spędzić czas. Specnaz zrobił porządek z 12-ma paniami, po czym zbiegł z zachlastanej krwią łaźni (o tak – to była łaźnia – dosłownie i w przenośni) by uniknąć debaty ze strażą.
Cóż – powiem krótko – wywrotowcy z tajnej organizacja „Złota czaszka” chcieli dokonać zamachu stanu i posadzić na tronie kogoś ze swoich na miejscu króla Milo. My reprezentujący postawę obywatelską nie mogliśmy się na to zgodzić. Milo – rozkoszny staruszek, król tak lubianego przez nas Argos, nie mógł zostać zamordowany przez gromadę szaleńców. Wciągnęliśmy się. Po kolei, nieubłaganie przeczesaliśmy wszystkie mety spiskowców, zarżnęliśmy z górką 20 typa. Potem była akcja na cmentarzu z ghoulami i ostateczne starcie w sali audiencyjnej króla Milo. Pokazaliśmy kur%$ pazur! Tam w ostatniej chwili, zakonspirowani, zauważyliśmy kanalie szykujące się  do zamachu. Spacyfikowaliśmy brutalnie towarzystwo i demona, którego przywołali. I to tyle.
Dostaliśmy PD, ochłonęliśmy, wszyscy jednak zapomnieli o jednym – o nagrodzie od króla Milo! Ja pamiętam Tomek! Milo zapłaci z nawiązką.

-No, grało się świetnie, wszyscy są zadowoleni. Można zatem odtrąbić sukces. Trutututu!

Wieczorem relacja foto, bo w pracy nie mam na nią czasu.

Informacje o mrufon

Ich komme aus Russland und liebe Kiefer.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Veni, vidi, vicious!

  1. smartfox pisze:

    Najmita Kevina to Vorenus. Ciągle myliłem imiona z Marcusem :). Miasta to Athos/Zothos :).

    Dzięki za sesję. Kupa fajnych postaci, tekstów i akcji :). Końcówka już na niezłym popędzie, bo para ze mnie uszła o 3-4 nad ranem. 13 h erpegowania! Dawno tak nie miałem 🙂

  2. Kevin pisze:

    Na Croma, wyjazd zdecydowanie należy zaliczyć do udanych. Kilkanaście godzin intensywnego grania, aż dziw, że daliśmy radę w jeden dzień rozegrać dwie przygody. Obydwa scenariusze bardzo fajne, czuć było, że Smartfox to specjalista od Howarda 🙂 Zwłaszcza podobało mi się finał pierwszej przygody – Fast, Furious, Fun pełną gębą. No i załoga „Cycków Ishtar” – aż chciałoby się zostać piratem 😀 Smartfox – dzięki za prowadzenie, mam nadzieję, że uda ci się do nas dołączyć za miesiąc.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s